2 x 2 = ? Da się...! (Słowo Ludu, 23.06.1973) Drukuj Email


   Nie wiem jak zakończy się walka polskich automobilistów i polskiego "fiata" z rekordem świata na 25 tysięcy kilometrów, ustanowionym swego czasu przez "simkę". W momencie bowiem pisania tego felietonu Sobiesław Zasada i jego chłopcy nie osiągnęli jeszcze połowy trasy. Nie pasjonuje mnie jednak końcowy efekt tej awantury na szosie. Choćby dlatego, że rekordy "simki" i wozu naszych kierowców w istocie będą nieporównywalne i nie pozostaną do siebie w żadnym stosunku. Nie można pobić rekordu "simki" jeżdżąc inną trasą, w innych warunkach atmosferycznych. Jak dotąd, natura pozostaje niezależna od człowieka. Deszcz pada sobie, kiedy mu się podoba, a deszcz może znacznie wpłynąć na efekt końcowy tej jazdy w kółko, od której kręci się w głowie nawet i mnie, siedzącemu przed telewizorem. Uznać więc trzeba tę motorową eskapadę nie tyle za bicie rekordu należącego do wozu francuskiego, ile za próbę ustanowienia rekordu wozu polskiego na autostradzie wrocławskiej i tylko na tej trasie.

   Nie pasjonuje mnie wynik końcowy z paru jeszcze powodów. Nie jest przecież prawdą, że ten sam wóz, który rozpoczął ową 25-tysięczną marszrutę, dojedzie do mety. Po drodze tyle częsci mu wymienią, że na mecie zamelduje się inna maszyna. O czym więc ma zaświadczyć ów rezultat, który zostanie za kilka dni ogłoszony? O sprawności maszyny? Jakiej, której? Nie podniecam się - powtarzam - finalnym efektem gonitwy Zasady i jego wspaniałych chłopców po wrocławskiej szosie, także przez jakąś słabość mojej wyobraźni, która zawodzi mnie, gdy widzę mordęgę ludzi wspinających się na himalajskie szczyty, lub zjadających 50 talerzy makaronu. Po co oni to robią? Dlaczego? Czy jest to konieczne?

   Nie, to jest raczej tak: rozumiem ideę podobnych wyczynów i na swój sposób je popieram, ale nie podniecają mnie rezultaty. Koniec końców, nieważne, w jakim tempie "fiat" przebiegnie 25 tysięcy kilometrów. Ważne natomiast, że ludzie manifestują potrzebę zmagania się z sobą i uwarunkowaniami, że udowadniają chęć ciągłego sprawdzania się, że świadczą o swojej woli podązania naprzód. Owe rekordy tańca, jedzenia, gwizdania, jeżdżenia, czy latania są sensacyjnymi, ekstremistycznymi przykładami dobrej wszakże tendencji panującej wśród ludzi: nie stać w miejscu, wyróżnić się. Bo pomimo, wzrostu fali frajerskiego stosunku do pracy i obowiązków, przecież góruje chęć ulepszania i ciąg do solidności. Gdyby było odwrotnie już by nas nie było. Znów trzeba by zaczynać od małpy.

   Przygoda polskiego wozu i polskich kierowców poza swoją ładną filozofią ogólną, ma i konkretne, bardziej racjonalne posłania. Oto przez głupie, malutnie 8 minut pracownicy serwisu technicznego wykonują pracę, która w warsztacie trwałaby dzień. W warsztacie, w ciągu 8 minut można co najwyżej usłyszeć od majstra: "nie da się" (wyłaczam kielecką Techniczną Obsługę Samochodów, gdzie zawsze robia mi przy wozie szybko, uprzejmie i przyzwoicie). Oczywiście przykłady sprawnej pracy techników z wrocławskiej szosy nie mogą się upowszechnić. Cudów nie ma! Ale zostanie przecież wśród nas śwadomość, że: da się.

   Będziemy więc powoływać się na mechaników Sobiesława Zasady tak długo, aż przyjdzie czas, kiedy na wszystkich polskich drogach będziemy spotykać mistrzów równie znakomitych i równie chętnych do operowania maszyny, co daj Boże amen, żeby tak się stało i żebyśmy umieli udowadniać sens naszego istnienia na co dzień, w zwykłościach dnia oraz żebyśmy zawsze mówili: da się.

Jedź Pan, Panie Sobku po ten rekord. Da się!

RYSZARD SMOŻEWSKI

P.S.

"Czytelniczkę ze Starachowic" oburza plenienie się chamstwa. Pisze więc: "...resztki inteligencji ustępują pod naporem o r d y n a r s t w a".

"Stałej Czytelnictwie" "Słowa" nie podoba się nazwa kawiarni przy zbiegu ulic Karczówkowskiej i Nowotki w Kielcach: "Biruta". Moja propozycja: "Turoń". Prawda, że ładnie by się nam mówiło: "Idziemy do "Turonia"?"

R.S.

 
 
rekord73_reklama_retro_05.png