Moje 3 grosze - Janusz Roszko - Rekord ś-fiata (Gazeta Krakowska, 27.06.1973) Drukuj Email


   Przez kilka dni patrzyłem na to, jak polski fiat walczył z czasem na podwrocławskiej autostradzie. Siedziałem na tarasie kawiarni "Oaza", od czasu do czasu oblegany przez kibiców nie mniej, niż siedmiu zawodników z Sobkiem na czele. Miałem bowiem taki aparat fotograficzny, z którego od razu, po minucie od pstryku - wychodzi gotowe zdjęcie. Może być nawet kolorowe. Ten aparat nazywa się "polaroid", wynalazł go niejaki pan Land już dwadzieścia parę lat temu, ale u nas to jest jeszcze wielkie "halo". "A jak pan tam wlewa wywoływacz?" - pytali kibice "A czy tam można wkładać nasz papier "Foton""? Można, tylko, że nic z tego nie wyjdzie. Pan Land strzeże po prostu tajemnicy swego patentu i nikt poza Kodakiem na razie od niego licencji nie uzyskał. Nie można więc krzyczeć tragicznie: a u nas nie mamy takich aparatów, z których wychodzą gotowe zdjęcia! Byłby to krzyk nonsensowny. Opracowywanie własnej metody byłoby oczywiście nieopłacalne i wszyscy sobie z tego zdają sprawę.

   Na światowej liście rekordów samochodowych nie było dotąd Polski. Z "syreną" czy też nieboszczką "warszawą" nie było się gdzie pchać. Ale fiatem 125p już można było ryzykować. Po co? A no, po to, by chociażby zlikwidować nasz kompleks "pozostawiania w tyle".

   I oto przez dwa lata Sobiesław Zasada jeździ od Annasza do Kajfasza przemysły motoryzacyjnego, aby wyrazili zgodę na bicie rekordu na 25 tysięcy kilometrów. A ani Annasz i Kajfasz - nie chcą. Chce tego bardzo Telewizja Polska, bo to widowiskowe. Zapala się "Stomil", gdyż ma wielkie ambicje wejścia ze swoimi oponami na rynki światowe. Zrobili właśnie radialne - to może być świetna reklama. Fabryka Samochodów Osobowych wyraża umiarkowane desinteresment. Dadzą samochód - proszę bardzo. Ale organizacja - nie, to nie oni. Więc nagle głównym organizatorem próby bicia rekordu zostaje... Telewizja Polska.

   Dziennikarz sportowy pewnej popołudniówki, którego artykuły są własciwie zestawem zdań wyjętych z camera obscura jest zawziętym apologetą FSO, bowiem ta FSO co roku daje mu za darmo polskiego fiata, aby nim sobie jechał na trasę rajdu do Monte Carlo. I tenże dziennikarz zupełnie bezinteresownie wygłasza pogląd, iż reklama dla polskiego fiata ma ograniczone znaczenie, bowiem samochód nasz ma świetny zbyt zarówno w kraju jak i za granicą. W kraju trzeba czekać nań po kilka miesięcy, a niektóre zagraniczne zamówienia musimy odrzucać...

   Miałem wrażenie, że elaborat ten został stworzony w Tworkach pod Warszawą, albo wczesnym rankiem przed "Kameralną" na Foksal i na kacu. Mnie, jako posiadaczowi polskiego fiata wcale nie jest obojętne, czy jeżdżę wozem, który ustanowił rekord świata, czy gratem, na który wszyscy się wybrzydzają... A najcudowniej w tym kraju o produkcie FSO nie mówi się. Gdy mam przeprowadzić wywiad z rajdowcem - to wolę z mistrzem Europy Zasadą, niż z Iksińskim, który przeważnie rajdów nie kończy, ale ma o sobie wielkie wyobrażenie. Gdy kupuję koniak, to wolę ormiański, bo wiem, że parę razy wygrał konkurs przed Martelem i innymi Napoleonami...

   Wystrzeganie się sukcesu, który w rezultacie doprowadza do powszechnego podziwu jest zjawiskiem po prostu nienormalnym. Jeżeli Europa, świat - zaczną mówić o niezawodności polskiego fiata, który bije rekordy, na których połamali sobie zęby Ford i Datsun - to jest to bez znaczenia dla znakomitej FSO?! Gdzie my, proszę państwa, żyjemy? Kto stoi na czeletej instytucji i jakimi kategoriami on myśli?!

   Że sprzedajemy fiata za granicę - to zgoda. Ale nie obojętne jest, za ile sprzedajemy. Po rekordzie, czy rekordach - może zaistnieje możliwość podniesienia ceny dolarowej. Większy popyt - cena rośnie. A krajowemu odbiorcy - lepsze samopoczucie! Chociaż ułamek większej wiary w ten samochód, na który - najczęściej nieumiejętnie go eksploatując - nadmiernie narzekał. Warto było! Zachodni odbiorca powie: "Jest to samochód pewny na długie dystanse, zapłacę chętnie więcej".

   To też gdy było już więcej niż pewne, że rekord padnie, dyrektorzy od naszej motoryzacji przybyli stadami pod Wrocław, aby ustawić głowy pod wieńce laurowe. Chwileczkę, panowie! Poczekajcie tym razem w kącie.

   Wieńce proszę na głowy redaktora Eugeniusza Pacha i Sobiesława Zasady, to oni doprowadzili tę sprawę od początku do końca! Niech wreszcie będzie nagrodzona prawdziwa zasługa, a nie tylko pozór zasługi. To oni uwierzyli, że produkt polskiej techniki jest w stanie pobić rekordy światowe, oni stworzyli legendę "zbiorowego wysiłku załóg polskiego przemysłu motoryzacyjnego", którego dyrektorzy w swego własnego fiata... nie chcieli wierzyć... A może tylko uznali, że stan obecny i opinia polskiego fiata jest najlepsza na tym najlepszym ze ś-fiatów?!

   A wracając do swego "polaroida" - to poczekajmy. Może wreszcie i do nas dojdzie licencja. I może zrobimy lepszego "polaroida", niż ten prosto z USA. Tak, jak zrobiliśmy lepszego fiata od tego, który produkują w Turynie. I jego producenci polscy nie będą chcieli w to uwierzyć. Piszę to z głębokim przekonaniem, po 5 latach eksploatacji prawdziwie italskiego produktu i jednym roku jazdy na fiacie 125p. I naprawdę czuję znacznie lepiej, że mój samochód wpisał się na listę światowych rekordów.

   Sobiesław Zasada mówił mi, że na Zachodzie fabryki automobilowe najpierw biją rekord, a dopiero potem ogłaszają wynik próby. U nas ogłosiliśmy od razu, że przystępujemy do próby. Wyszło nam. Odpowiedziałem Zasadzie, że u nas takich prób na razie nie organizują fabryki, które bywają zazwyczaj sceptycznie ustosunkowane do własnego produktu.

I oto Pach z Zasadą wygotowali nam rekord ś-fiata. Chwała im i polskiemu fiatowi! Wstyd dla niedowiarków.

 
 
rekord73_reklama_retro_03.png