W POGONI za REKORDEM (Trybuna Robotnicza, 27.06.1973) Drukuj Email


   Kiedy pewnego wieczoru Sobiesław Zasada pojawił się w warszawskim studio telewizyjnym, by zakomunikować entuzjastom sportu i motoryzacji, że postanowił podjąć próbą pobicia rekordu świata na dystansie 25 tysięcy kilometrów, wydało się kibicom, iż jest to pomysł troszeczkę fantastyczny i mało realny. Dwukrotny mistrz Europy oświadczył, że na "fiacie 125 p" podejmie się rywalizacji z najlepszymi firmami świata i zaapelował do czołowych kierowców Polski, by wzięli udział w tym przedsięwzięciu.

Inicjatywa została zaakceptowana przez Fabrykę Samochodów Osobowych na Żeraniu, Wytwórnię Opon "Stomil" i telewizję. Przez osiem dni i osiem nocy na odcinku autostrady pod Wrocławiem trwał wyścig z czasem. Szczegółowo bylibyśmy informowani o przebiegu próby. Wynik jest już znany Czytelnikom.

Zanim Sobiesław Zasada i jego koledzy wsiedli do wozu, który miał być rekordzistą, poprosiliśmy znanego kierowcę o rozmowę.

- Jaki ma sens start, do którego Pan się sposobi? - brzmiało pytanie pierwsze i właściwie zasadnicze.

- Człowiek od wieków bije rekordy szybkości. W powietrzu, na wodzi i na ziemi. W naturze człowieka tkwi potrzeba zmagania się z przestrzenią i z czasem. Szczególnie fascynujący jest ten pojedynek na ziemi, zwłaszcza odkąd w nasze życie wtargnęła motoryzacja. Proszę zauważyć, że kobieta zwraca uwagę na kolor samochodu, na jego kształt. Natomiast mężczyzna pyta o ilość koni mechanicznych, o przyspieszenie, a nade wszystko o szybkość.

Rozmowie, która toczy się przy lodach na tarasie krakowskiej kawiarni przysłuchuje się redaktor Ryszard Dyja z TVP. W tym momencie włącza się i on do rozmowy:

- Do tej pory, gdy Sobiesław Zasada zwyciężał w walce z najlepszymi, mówiono o niezwykłym Polaku, o jego odwadze, refleksie i umiejętnościach. teraz gra idzie o coś więcej. Mamy szansę zaznaczyć swoją obecność na arenie międzynarodowej, jako kraj produkujący naprawdę dobre samochody.

- Rzecz w tym - kontynuuje Sobiesław Zasada - by samochód zrobiony polskimi rękami w polskiej fabryce, jadacy na polskich oponach - udowodnił, że liczymy się już w świecie. "Fiat 125 p" z plakietką mówiącą, że na tym samochodzie pobito rekord świata, będzie znakomitym ambasadorem polskiego przemysłu. To bardzo ułatwi nam wejście na rynki zagraniczne.

- Czyli, że traktuje Pan tę próbę bardziej w kategoriach reklamowych niż sportowych?

- Nie można tak formułować idei naszego przedsięwzięcia. 200 godzin jazdy w różnych warunkach atmosferycznych, na wozie seryjnym, który ma jedynie większy bak na paliwo i dodatkowo piąty bieg - to próba przede wszystkim sportowa. Od umiejętności kierowców zależeć będzie bardzo dużo.

- A jakie są te umiejętności?

- Naprawdę wysokie.

- Są więc szanse?

- Minimalne, ale są. Próba dwudziestoczterogodzinna powiodła się. Jeżeli dopisze szczęście...

- Praktycznie rzecz biorąc tylko defekt - i to poważny - może przeszkodzić Panu i Pańskim kolegom w tej przygodzie...

- Zrobiliśmy wszystko, by zabezpieczyć się przed długotrwałą awarią. Plan tatktyczny przewiduje wysokie przeciętne, ale wyklucza rywalizację między kierowcami. Musimy jechać szybko, ale w ustalonych granicach, by oszczędzać wóz.

- Przeczytałem wczoraj Pańską książkę. Jest w niej drobiazgowy opis usuwania usterek w samochodzie podczas słynnego rajdu argentyńskiego. Wymienia Pan 15 czynności wykonanych w niewiarygodnie krótkim czasie. Komentarz jest krótki, ale imponujący: "Chodzimy dumni jak pawie. Nigdzie na świecie nie pracują tak fantastycznie jak w Polsce - pisała prasa". Chcę zacytować ten fragment w artykule.

- A ja myślałem, że pan bezinteresownie przeczytał moją książkę!

- Czy obsługa techniczna będzie pod Wrocławiem równie sprawna?

- Od niej wiele zależy. Mamy świetną ekipę.

- To także ważny element propagandowy: będziemy chyba oglądać kawałek rzeczywiście dobrej roboty?

- Tak, to ważny element wyczynu sportowego!

- Pomówmy więc o sporcie. Co w Pańskich dalszych planach?

- Trening przed wielkim, liczącym 17 tysięcy kilometrów rajdem po Europie, rajd w USA, Safari, rajd Meksyk-Monachium, mistrzostwa Polski. Od pięciu lat nie byłem mistrzem Polski, a mam na to ochotę.

- W zeszłym roku miał Pan poważny wypadek w Rajdzie Polski. Czy prasa nie przesadziła?

- W czym mianowicie?

- Jakiś kloc drewna przebił podobno podłogę wozu i oddzelił Pana od żony. To wszystko na sporej szybkości...

- Rzeczywiście było groźnie. Przeszarżowałem. Ewa dyktowała, że w zakręt należy wejść na 140 kilometrach. Mieliśmy opóźnienie. Chciałem je szybko nadrobić. Pojechałem 180 km/godz. Wylecieliśmy z szosy wskutek mojej nieostrożności. Musiało się tak skończyć.

- Miał Pan sporo szczęscia! A może to kwestia refleksu?

- Nie sądzę. Refleks mam taki jak inni zawodnicy. To co osiągnąłem w sporcie, to rezultat wieloletniej, uporczywej pracy.

- Spróbuje Pan sił na torze wyścigowym?

- Nie. Mam 43 lata. Przestawienie się na tor, trwałoby zbyt długo. Nie zdążę już.

- Związał Pan swoje życie z samochodem. Proszę powiedzieć, czy jest Pan entuzjastą motoryzacji? Ale tak naprawdę szczerze...

- Gdyby to ode mnie zależało!

- To co?

- To zlikwidowałbym wszystkie samochody na świecie. Jest to nieszczęście współczesnej cywilizacji. Nie przesadzam. Widziałem miasta, które duszą się od nadmiaru wozów, od spalin... Coś z tą sprawą ludzie muszą zrobić mądrego.

ADAM OGORZAŁEK

 
 
rekord73_reklama_retro_05.png