Z ostrego KĄTA - KTO ROZWIEJE WĄTPLIWOŚCI (Wieczór Wrocławia, 08.07.1973) Drukuj Email


   Do ubiegłej soboty polski "Fiat 125p" na autostradzie pod Wrocławiem zmagał się z czasem i kilometrami. Cały kraj z zapartym tchem śledził tę niecodzienną próbę bicia rekordu świata, najpierw jednego, potem dwóch następnych. Przyznać trzeba, że tym, którzy relacjonowali przebieg owej imprezy, udało się wytworzyć nastrój zbiorowej ekstazy. Wszyscy emonocjonowaliśmy się przez kilkanaście dni postawą "Fiata 125p" i jego siedmiu, w końcówce ośmiu wspaniałych kierowców. Zainteresowanie jazdą "Fiata 125p" było tak wielkie, że nawet leciwe babcie, które nigdy nie zaprzatały sobie głowy automobilizmem, wsłuchiwały się w słowa płynące z radioodbiorników względnie zasiadały przed telewizorem i wpatrywały się pilnie w ekran, gdy emitowano program pod tytułem "Próba". Słowem - zbiorowe szaleństwo. A sprawozdawcy podsycali je jak tylko się dało. Na przemian krzyczeli, pojękiwali i mówili załamującym się co chwila głosem. Używali całej lawiny słów, nie omijając najbardziej pompatycznie brzmiących zwrotów. Zdarzało się, że zagrywali nawet na uczuciach patriotyzmu rodaków twierdząc, iż te dni przejdą do naszej historii, zapiszą się złotymi literami, itp., itd., tak jak gdyby chodziło co najmniej o wydarzenie dorównujące rangą słynnym bitwom, mogace mieć wpływ na losy wszystkich ludzi mieszkających między Odrą i Bugiem. Było w programie "Próba" momentami więcej wielkich słów niż w czasie pamiętnych seansów kosmicznych, kiedy to o rzeczach naprawdę niezwykłych mówiono z dużym spokojem, taktem, powiedziałbym nawet wstrzemięźliwością. Jeden z autorów "Próby" popadł w taką euforię, że utożsamił siebie w końcu z tymi, którzy bili rekord i stale wmawiał słuchaczom i widzom, że my tu pod Wrocławiem jedziemy, atakujemy, zwyciężąmy itp.

   Jakże korzystne na tym tle wypadli sami kierowcy. Znakomicie prowadzili samochód, imponowali fachowymi, płynnymi i bardzo poprawnymi pod względem językowym komentarzami, a najbardziej ujmowali wszystkich duża skromnością. Owszem, mówili o znużeniu, zmęczeniu, zdenerwowaniu, ale wcale nie robili z siebie "gierojów". Za tę prawdziwie sportową postawę bije im głośne brawa.

   Nim jednak skończyła się owa próba, zaczęły się rodzić pewne wątpliwości. Pozostało niezachwiane uznanie dla sprawności technicznej seryjnego samochodu i dla dobrej roboty żerańskiego producenta, ale natarczywie cisnęło się pytanie: jak to właściwie jest z tymi rekordami? Dlaczego udało się je tak łatwo wyśrubować, pobić osiągnięcia "Simci Aronde" o ponad dwadzieścia kilometrów? Przecież zwykle droga do rekordu jest daleko trudniejsza. Trzeba walczyć o każdy centymetr. W automobilizmie jest może o tyle inaczej, że wchodzą w grę nieco większe jednostki miary, ale z całą pewnością nie aż tak wielkie, jak to zdarzyło się pod Wrocławiem. Czyżby więc chodziło o rekord, o który nikt abo mało kto się ubiegał? Wiadomo bowiem, że gdzie indziej także mają dobre samochody i niezgorszych asów kierownicy. Gdyby tylko zabrali się do takich prób - musieliby poprawić wynik "Simci Aronde". A może mamy do czynienia z sytuacją, jaka od czasu do czasu zdarza się w innych dyscyplinach sportowych, w których zwłaszcza po wprowadzeniu jakiejś nowej konkurencji niekoniecznie orły wpisują się na listę rekordzistów tak długo aż pojawiają się na starcie bardziej znani zawodnicy. Wtedy to, co uważaliśmy za osiągnięcie, staje się chlebem powszednim.

   Przyznaję samokrytycznie, że nie jestem znawcą automobilizmu, nie potrafię ocenić wyczynu, jakiego dokonano pod Wrocławiem. Być może rzeczywiście należy zdjąć czapkę przed wspaniałymi kierowcami. Być może ustanowone rekordy mają wielką wartość. Przez kilka dni nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Nic jednak nie poradzę, że później zaczęły się one radzić nie tylko u mnie, ale również u wielu innych osób. Nastąpiło to w momencie, gdy przekonałem się, że poza naszymi, w dodatku nie wszystkimi, sprawozdawcami nikt nie zachłystuje się wrocławską próbą, ba nawet jej nie odnotowuje. Między bajki bowiem włożyć należy informacje, że rekordy ustanowione przez "Fiata 125p" komentowane są na całym świecie. Warszawscy przedstawiciele niektórych agencji napisali na ten temat zaledwie małe wzmianki. Wielkie gazety sportowe, takie jak francuska "L'Equipe" czy włoska "La Gazetta dello Sport", prowadzące specjalne działy poświęcone sportowi samochodowemu, posiadające wybitnych ekspertów z tej dziedziny, odnotowujące każde liczące się wydarzenie i każdy większy wynik - nie powtórzyły nawet owych informacji.

   Jak należy spojrzeć na te fakty? Jak je ocenić? Czyżby było to tylko przeoczenie? A może zazdrość, że nasz "Fiat 125p" jest tak bardzo udany i bije na głowę inne uznawane dotąd firmy? Przyznaję jeszcze raz, że nie wiem jak ustosunkować się do tego wszystkiego. Radbym jednak usłyszeć coś więcej na ten temat od kogoś kompetentnego. Nie poprzestańmy na tym, co powiedziano w trakcie trwania próby pod Wrocławiem. Dokonajmy bardziej wnikliwej oceny rekordu. Czeka na to wielu ludzi. Nie tylko pełen wątpliwości niżej podpisany.

STANISŁAW WOJTEK

 
 
rekord73_reklama_retro_05.png