KANIKUŁA (Głos Wybrzeża, 15.07.1973) Drukuj Email


   WSZYSTKO dobre co z umiarem. Nawet słońca człowiek może mieć pewnego dnia dosyć i zaczyna tęsknić za kroplą deszczu. Ileż wreszcie można się opalać, przez ile tygodni, kilkaście razy dziennie, szukać kawałka cienia, by obeschło zroszone potem czoło? Kanikuła wszystkim daje się we znaki. Robić się nie chce - i refleks nie taki, i pomysły nieraz dziwnawe...

   Nie tak dawno telewizja zmuszała nas do pasjonowania się wielką walką o jakiś tam rekord na podwrocławskiej autostradzie. Ktoś kiedyś, przed laty, przejechał samochodem ileś tam kilometrów z jakąś tam szybkością. Powstał więc rekord. A skoro jest rekord - to trzeba go pobić. Bo jakże inaczej? I w ten sposób, dzięki TV, oglądaliśmy wielodniowe zmagania z czasem i przestrzenią. Polski "Fiat" gnał po autostradzie, ogromny sztab ludzi uczestniczył w tym przedsięwzięciu, a nam wmawiano bez przerwy, jakiego to epokowego wydarzenia mamy zaczyt być świadkami. Przy okazji z ust naszych znakomitych komentatorów (nie zabrakło i red. Ciszewskiego; jakże by się mogło odbyć bez p. Janka!?), usłyszeliśmy, że posiadamy najlepszy na świecie samochód.

   Rekordy padały, bo padać musiały. Trudno, żeby samochód produkowany w r. 1973 nie był lepszy i szybszy od swego pradziadka sprzed dwudziestu lat. Bez względu jednak jak by na to nie patrzeć, cała ta sprawa Polaka łaskocze - było nie było to polski "Fiat" jest teraz rekordzistą. A poza tym, choć może nie w takim wymiarze jak nam to wmawiano (siła oddziaływania TV jest jednak ogromna; z małego ekranu można wmówić wszystko - nawet to, że jesteśmy najlepszymi futbolistami na świecie!), była to na pewno dobra reklama naszego przemysłu motoryzacyjnego.

   Ale ja, jako jeden z codziennych użytkowników dróg, całe to rekordowe przedsięwzięcie odczuwam na swój sposób. Bo oto zamiast kilkuset tysięcy "Fiatów" pojawiło się na naszych drogach niemalże tylu rekordzistów. Z fantazją mkną po asfaltowych wstążkach, stale dodają gazu, a tym pozostałym... bez przerwy cierpnie skóra. Dużo jeżdżąc po drogach nie można nie zauważyć, że własnie "Fiaty" stwarzają najwięcej konfliktowych sytuacji. Oczywiście nie można generalizować, ale większość kierowców zasiadających, w rekordzistach uznaje tylko jedną zasadę: gaz do dechy! Wiadomo, ma się ten szybki wóz.

   Zresztą nie tylko na polskich drogach. Ostatnio podróżowałem trochę i widziałem ile to strachu potrafią napędzić współużytkownikom szos "Fiaty" z polskimi znakami rejestracyjnymi. Np. na podwiedeńskiej autostradzie jeden taki swawolny rekordzista (znaki warszawskie), urządził tak kolosalny galimatias, że kilkanaście wozów w popłochu zjeżdżało na pobocza, by uniknąć niebezpieczeństwa. A on - znaczy rekordzista! - z dumą pognał dalej; kierowca z pogardą spoglądał tylko na tych słabeuszy. Wystarczy jednak o tym jednym rekordzie i jego skutkach.

 
 
rekord73_reklama_retro_03.png