EUGENIUSZ PACH (Panorama północy, 15.09.1973) Drukuj Email


   Chyba najtrudniej przeprowadzić dziennikarski wywiad z kimś, kogo zna się od 18 lat i z kim zdążyło się już zjeść przysłowiową beczkę soli. A tak właśnie było z Geniem Pachem, z którym pokolenie temu rozpoczynaliśmy pracę w telewizji. Wspólnie wystartowaliśmy, wspólnie potem ciągnęliśmy dyszel początkowo kulejącej furmanki, potem rejsowego dyliżansu, wreszcie - ogromnego rydwanu Polskiej Telewizji. Wspólnie odbieraliśmy cięgi, wspólnie - choć rzadziej - pochwały, wspólnie dzieliliśmy się zdobytymi na własnej skórze doświadczeniami. W takich warunkach poznaje się człowieka na wylot.

- Masz rację - uśmiecha się Genio - o co byś mnie przecież zapytał, znasz odpowiedź tak samo jak ja.

- No, niezupełnie. Np. kiedy na szosie podwrocławskiej znęcaliście się zespołowo nad pewnym białym Fiatem - byłem na urlopie. Prasa okrzyknęła Cię wtedy współtwórcą Sukcesu. Znamy się tyle czasu, że mnie chyba możesz powiedzieć, jak to było naprawdę.

- To się zaczęło jeszcze w roku 1971. W środowisku rajdowym mówiono, że Polski Fiat by się do tej próby nadawał. Sobiesław Zasada nawet rozpoczął starania, które jednak z powodu pewnych niejasności regulaminowych spełzły na niczym. Na początku r. 1973 zgadaliśmy się z Sobkiem, na którym rajdzie, że może by było warto spróbować jeszcze raz. Regulamin już był jednoznaczny, nic nie stało na przeszkodzie. Podzieliliśmy się rolami. Zasada wziął na siebie regulamin, sędziów i zespół KIEROWCÓW, ja - organizację całości imprezy i obsługę TV. Włączyła się FSO, PZM, "Stomil". Rozkręciła się cała ogromna machina. Nie zapominaj, że trzeba było zakwaterować i wyżywić 1200 ludzi. Samych tylko sędziów było blisko 400 po 126 na jedną zmianę.

   A najzabawniejsze, że wtedy nikt jeszcze nie wierzył w powodzenie całego przedsięwzięcia. Przepraszam - wierzył tylko jeden człowiek. Dyrektor Zjednoczenia "Stomil" - Henryk Olejniczak. Była to kluczowa postać całej imprezy. Gdyby nie on, gdyby nie jego energia, rozmach i - co najważniejsze - niezachwiana wiara w sukces, nie wiem, czy cokolwiek doszłoby do skutku. On dał ludzi, pieniądze i swoje wielkie osobiste zaangażowanie.

   Już później, kiedy nasz Fiat minął 20 000 km, wierzący w sukces wyrastali jak grzyby po deszczu, ale wtedy na samym początku jedynym, powtarzam, człowiekiem (poza Sobkiem i mną), który niezłomnie wierzył. był dyr. Henryk Olejniczak. Resztę znasz z gazet.

- Nie tylko krajowych. Ale. powiedz mi - poza ogromnym efektem propagandowym, powodującym na pewno konkretne efekty ekonomiczne - jakie znaczenie ma Wasz sukces dla nabywcy krajowego?

- Przez cały czas trwania próby obserwowały samochód dziesiątki specjalistów ze wszystkich samochodowych branż. Sprawdzono i analizowano zachowanie każdego podzespołu w bardzo trudnych przecież warunkach. Zgromadzono dzięki temu ogromny materiał do dalszych ulepszeń czy udoskonaleń. A poza tym, na pewno miła jest świadomość, że jeździ się samochodem, który potrafi bić rekordy świata.

- Kiedy Cię poznałem, jeździłeś, o ile pamiętam - WFM-ką, potem skuterem. Kiedy ogarnął Cię szał czterech kółek?

- Już w r. 1959, kiedy to - jak pamiętasz - kupowaliśmy razem na raty, nawzajem sobie żyrując, pierwsze samochody P-70. Ale prawdziwego bakcyla automobilizmu połknąłem dopiero w r. 1963, kiedy startując po raz pierwszy w rajdzie o Mistrzostwo Polski wygrałem klasę do 1300 ccm. Potem startowałem w wielu rajdach, ale już bez większych sukcesów.

- Startowałeś w rajdach zagranicznych?

- Raz. Jako pilot Zasady w rajdzie Solitude Charbonniere, wiodącym przez NRF, Szwajcarię i Francję. Zajęliśmy wtedy III miejsce.

- Jak widzę, Twoje pasje sportowe skoncentrowały się wreszcie na samochodach. A przecież wachlarz Twoich sportowych zainteresowań był kiedyś bardzo szeroki. Niemal od początku pracy w TV współpracowałeś z redakcją sportową, prowadząc sprawozdania z wielu dziedzin. Była tam i piłka nożna i lekka atletyka i Wyścig Pokoju i nawet rzymska Olimpiada. Wydawać by się mogło, że już na dobre w sporcie pozostaniesz.

- Sport nigdy nie przestanie być ciekawy. Ale ja - o ile pamiętasz - współpracowałem róznocześnie z redakcją reportaży i to mnie jednak wciągnęło najsilniej. Najlepszym chyba dowodem jest fakt, że przed trzema laty wyskoczyłem z naszej spikerskiej paczki, poświęcając się bez reszty reportażom.

- Masz jakąś sprecyzowaną tematykę?

- Nie. Uważam, że każdy temat jest dobry, jeżeli jest interesująco potraktowany, a dziennikarz powinien interesować się wszystkim.

- Poza reportażami robisz i inne rzeczy. "Turnieje Fabryk", "Pojedynki".

- To też są w jakimś sensie reportaże. "Turniej Fabryk" jest przecież także reportażem o ludziach dobrej roboty, a "Pojedynek" - groteskowo potraktowanym reportażem ze zderzenia róznych indywidualności.

- Skoro o indywidualnościach mowa. Nie jesteśmy zupełnie do siebie podobni - a jednak wiele osób często nas myli. Czy wiesz, że niedawno odbierałem za Ciebie na ulicy "porekordowe" gratulacje? Starszy pan, któremu wytłumaczyłem, że nie nazywam się Pach, bardzo się zdziwił.

- Mnie też czasem biorą za Ciebie. Kiedyś przyjeżdżam na reportaż do małego miasteczka i słyszę: "patrz, Suzin przyjechał". też usiłowałem wytłumaczyć, że jestem Pach, ale mój rozmówca tylko uśmiechnął się chytrze i powiedział: "Panie Suzin, ja wiem że pan to nawet w telewizji występuje pod pseudonimem Konrad Gruda".

- To już zupełnie mu się pokręciło. A swoją drogą trudno się dziwić, że mylą nas dwóch, skoro zmienialiśmy się co wieczór w "okienku" przez tyle lat. Powiedz mi, a nie ciągnie Cię czasem w stronę "życia przedtelewizyjnego", tzn. do Twojego zawodu archeologa?

- Zupełnie nie. Dziennikarstwo całkowicie mnie pochłonęło. Chociaż niedawno prowadziłem prace wykopaliskowe. Szukając wody i wiercąc studnię koło mojego domku campingowego na wsi.

- I znalazłeś tę wodę?

- Oczywiście. Który dziennikarz bu jej nie znalazł?

Rozmawiał: JAN SUZIN

 
 
rekord73_reklama_retro_04.png