Najprostsze sprawy - Sukces? (Przegląd Sportowy, 10.11.1973) Drukuj Email


   JAKO człowieka, który niedawno haniebnie przegrał ze znacznie lepszymi od siebie kierowcami-dziennikarzami na Rajdzie Prasowym "POLMO" - a więc stał się w pewnym sensie autorytetem - zwracają się do mnie znajomi i nieznajomi z pytaniem, jak to właściwie jest z tym sukcesem Polskiego Fiata na amerykańskim terenie?

   I czy to na świecie w ogóle kogokolwiek obchodzi?

   Sprawa nie jest prosta u nas, choć prosta byłaby w każdym innym kraju. Gdy Polski Fiat bił rekordy świata - wybrzydzano, że to rekordy w rodzaju rekordu na 67 metrów dla piegowatych w pływaniu i nie ma się czym nasładzać, bo świat się tym nie interesuje, a sensacja jest na miarę powiatu. Tymczasem już po paru tygodniach Ford zaatakował te same rekordy, czyli było się o co bić i było czym się cieszyć, choć przez chwileczkę. Wprawdzie w praniu okazało się, że Fordy jeżdżą mniej więcej o 30 km/godz. szybciej od naszych Polskich Fiatów, ale to znowu wiadomo i tak od dawna, więc powodu do katzenjammeru nie było.

   Rajd "Press on Regardless" nie ma rangi "Rally Acropolis", czy "Monte Carlo", to prawda. Niemniej jest rajdem bardzo trudnym i sroce spod ogona nie wypadł, gdyż zaliczony został do mistrzostw świata w konkurencji fabrycznej i parę dość poważnych firm jak: Datsun, Ford, Willys, czy włoski Fiat poważnie się do niego przymierzało. A wygrał - Polski Fiat.

   MIMO to - a może właśnie dlatego - wybrzydzanie nie ustaje. Że niby na sukcesy zespołowe nikt na świecie nie zwraca uwagi; że w rajdach decydujące są zwycięstwa indywidualne, a w USA żaden z naszych kierowców nie znalazł się nawet w pierwszej trójce; że nie startowała czołówka europejska, a w ogóle wszystko to stało się fuksem, cudem i nigdy już powtórzone nie będzie.

   Przyznaję, że mi ręce opadają na taką przekorę i skłonności do samoudręki. Oczywiście, można pójść na całość i labiedzić, że tam wygrywają, a w Polsce te samochody się psują, ciekną i łomocą, w związku z czym wszystko to wygląda na manewr potiomkinowski.

   Można, ale - po co? Ostatecznie, jakakolwiek byłaby miara tego sukcesu, to jest on faktem i w annałach rajdowych zapisany zostanie nie jako klęska polskich zawodników, lecz jako ich zwycięstwo. A zwycięstwo bądź co bądź Polskiego Fiata mnie osobiście bardziej raduje, niż zwycięstwo Porsche.

   Nawet w indywidualnych mistrzostwach Europy.

   Drugim sukcesem - nieporównanie istotniejszym, moim zdaniem - jest podniebna radość, jaką amerykańskiej Polonii sprawiła nie tylko obecność polskich samochodów na tej imprezie, ale w dodatku ich zwycięstwo. Wynurzenia dyr. Kozarzewskiego w wywiadzie dla "Trybuny Ludu" przyjąłem dość sceptycznie, jeśli bowiem pełnomocnik ministra do spraw sportu zachwyca się wrażeniem, jakie na Amerykanach polskiego pochodzenia wywarły polskie samochody, to on się zachwycać musi, ale ja nie mam obowiązku w to wierzyć. Skoro jednak dostałem całkowicie prywatny list z USA od mojego przyjaciela Janka, którego to listu trzy czwarte poświęcone jest opisywaniu polonijnej euforii już w czasie treningów, nie mówiąc o samym rajdzie i jego wynikach - muszę przeprosić za nieufność.

   TO był sukces. Nie tylko sportowy, ale i propagandowy, co - nie jestem ekonomistą, ale tu chyba prognoza jest łatwa - może się zdyskontować wspaniale w sensie handlowym, którego to elementu absolutnie lekceważyć nie wolno.

   Po wykołowaniu Anglików słyszałem głosy, że to wszystko dlatego, bo Anglicy gorzej grali i mieli zły dzień. Jasne, że tak! Gdyby lepiej grali i mieli dobry dzień - dostalibyśmy łupnia. Mechanika sukcesu jest w zasadzie dość prosta.

   Może więc w równie prosty sposób sukcesy oceniać?

Tomasz Domaniewski

 
 
rekord73_reklama_retro_05.png